Wyobraźcie sobie, że nie istnieje nic takiego, jak nielegalne wyścigi, a ludzie, którzy taki sport w zamierzchłych czasach uprawiali, teraz spotykają się kulturalnie, w co drugi weekend na jak najbardziej oficjalnych i legalnych zlotach. Ścigają się tam między sobą, a nad prawidłowym przebiegiem imprezy czuwają panowie w niebieskich autach. Brzmi niewiarygodnie? To właśnie jest Need for Speed: Pro Street.
Jak widać, autorzy poszli po rozum do głowy i zrozumieli, że graczom dotychczasowa formuła serii przestała wystarczać. Stworzyli, więc za namową swoich profesjonalnych doradców (mają także takich, którzy uprawiają nielegalne wyścigi, a co!) coś na kształt tego, jak ten sport ma wyglądać w przyszłości. Ponoć wśród amerykańskich dzieci wożących się różnego rodzaju Imprezami tego typu postawy zaczynają dominować i chcą one zalegalizowania swojej działalności. Nie jest to pozbawione sensu, gdyż za udział w nocnych zabawach na ulicach miast kary są coraz większe i często nie ograniczają się tylko do grzywien.
W Need for Speed: Pro Street gracz wciela się w Ryana Coopera, który jest już byłym street racerem, ale jak to zwykle w NFS-ach bywa, ma coś komuś do udowodnienia, więc wraca do gry. Od razu uprzedzam, że nie ma możliwości zmiany płci i nazwiska bohatera. Wiąże się to z faktem, że zmaganiom towarzyszy nieustanny komentarz spikera, który notorycznie wymienia nasze imię i nazwisko. Jest jednak i dobra strona tego rozwiązania, bo rezygnując z nazywania się na przykład “Cybeł” (jak to ja mam w zwyczaju) otrzymujemy ciekawy i barwny opis naszych poczynań na torze. Mnie tam się to podoba, drżę jedynie o ścigające się coraz częściej panie, ale i one będą musiały przywyknąć.
Podobnie jak w Carbonie fabuła kręci się wokół naszej walki z czwórką bossów, z których każdy kolejny dysponuje większymi umiejętnościami i coraz lepszym samochodem, w związku z czym, coraz trudniej ich pokonać. Ale to tylko szczegół, bo żeby w ogóle doszło do takowego starcia, trzeba najpierw zaliczyć w grze poszczególne poziomy (także cztery). Wprowadzono tu jednak pewną modyfikację w stosunku do poprzedników, ponieważ aby awansować na kolejny poziom nie trzeba wcale wygrywać wszystkich wyzwań, do których przystępujemy. Wystarczy po prostu zgromadzić odpowiednią ilość punktów, która pozwoli nam przejść dalej. Oczywiście, im więcej punktów nazbieramy tym lepiej, bo oznacza to więcej gotówki, która jest teraz potrzebna jak nigdy dotąd, ale o tym będzie za chwilę.
Każdy z poziomów ma dość rozbudowaną strukturę, składa się bowiem z około ośmiu zlotów, z których każdy zawiera co najmniej dwa wyścigi różnego rodzaju. Ich skład również nie uległ znacznej modyfikacji w stosunku do Carbona, jednakże warto chyba i tym razem odnotować, że są to Grip – podręcznikowy wyścig, składający się z kilku okrążeń, pierwszy na mecie wygrywa; Drag – krótka prosta, wygrywa ten, kto uzyska najlepszy czas. Nowością jest usystematyzowanie dystansów i opcja grzania opon, których temperatura ma znaczny wpływ na przebieg rywalizacji; Speed – tutaj liczy się bycie przodownikiem podczas mijania punktów kontrolnych i paradoksalnie dojechanie na pierwszym miejscu na metę wcale nie gwarantuje zwycięstwa w wyścigu; Drift – czyli ślizganie się na maksa, choć tryb ten także nie uciekł od kilku zmian. Najważniejsze to znacznie skrócenie dystansu, wprowadzenie modelu uszkodzeń samochodu, a także to, że sędziowie nie przestają naliczać nam punktów za poślizg po dotknięciu bandy reklamowej.
Jeśli chcemy startować we wszystkich typach wyścigów (a z czasem będziemy mieli taki obowiązek) należy wyposażyć się w auta odpowiednie do każdego z nich. Inne wymagania obowiązują przy Drifcie, a inne na przykład przy Dragu. Warto wspomnieć, że bryki z napędem na cztery kółka nie zostają w ogóle dopuszczone do Driftu. Dlatego tak ważna jest wspominana przeze mnie kasa, bo bez niej nie będzie nas stać na nowe maszyny i tuning do nich.
Właśnie, tuning. Warto zaakcentować ten element Pro Street mocniej, gdyż uległ on znacznej poprawie w stosunku do Carbona. Jak pamiętamy, tak wychwalany wówczas przeze mnie tryb Auto Scuplture okazał się tak naprawdę niewiele wartym gniotem, który dostarczał jedynie średniej jakości wrażeń estetycznych i nie miał przy tym żadnego wpływu na zachowanie auta na trasie. Tu jest inaczej. Teraz Auto Sculpture to tylko pikuś, choć trzeba przyznać, że efektowny. Ma on, bowiem wpływ na osiągi samochodu! Źle dopasowany spojler, czy felgi są w stanie całkowicie zepsuć przyjemność z jazdy. Natomiast, gdy wszystko pięknie współgra możemy cieszyć się nienagannym prowadzeniem wozu. Pozostałe modyfikacje przygotowane przez twórców służą głównie przystosowywaniu pojazdów do poszczególnych trybów zabawy. Ci bardziej pro mogą pokusić się o samodzielne dobieranie i optymalizowanie części, dla laików przygotowano za to gotowe zestawy części, które wymagają tylko jednego – kasy. Po zakupach dostajemy także sporo dodatkowych możliwości. Ustalanie stopnia twardości zawieszenia i długości przełożeń w skrzyni biegów to jedynie najprostsze czynności, którymi można się zająć w garażu. Co ważne, zrobione przez nas setupy można zapisywać i potem dowolnie się między nimi przełączać, dzięki czemu wystarczy raz przysiąść, a potem można już mieć dowolnie ustawiony samochód w dosłownie kilka sekund.
Na pochwały z mojej strony zasługuje grafika Pro Street. Zrezygnowano z nachalnego katowania oczu gracza notorycznymi rozmyciami i innymi bajerami. Teraz wykorzystywane są one trochę rzadziej i z większym umiarem, za co moje gałki oczne były bardzo wdzięczne programistom z EA. Oczywiście, modele aut są jak zawsze w Need for Speed najwyższej jakości i nie ma tu najmniejszych powodów by się czepiać. Zwracam również uwagę na przywrócenie do łask modelu zniszczeń. Nie jest on jednak tak dobry, jakbym sobie tego życzył. Owszem, idealnie sprawdza się przy drobnych stłuczkach i obtarciach, ładnie gnie się maska itd., ale przy łupnięciach w mur z prędkością grubo przekraczającą 200 km/h wygląda to dokładnie tak samo! Jedyną różnicą jest to, że nie można już dalej jechać, o czym informuje nas stosowny napis. Dziwi mnie to, że nie popracowano nad tym do końca, bo jestem przekonany, że uzyskany efekt byłby na pewno znakomity.
Muszę pochwalić także model jazdy. Nie jest to, co prawda nawet poziom zbliżony do któregokolwiek z Colinów, ale pozwala na naprawdę dobrą zabawę tym, dla których maniakalny realizm nie jest w grach najważniejszy. Tradycyjnie już brakuje widoku z fotela kierowcy, ale chyba wszyscy już do tego przyzwyczaili, tym bardziej, że przy takim modelu jazdy nie jest to konieczność.




GTA:Vice City, to jedna z najlepszych odsłon serii, a nawet jedna z najlepszych gier w historii. Vice City była równie przełomowa, co GTAIII, stanowiła naprawdę twórcze rozwinięcie poprzedniczki. I -co najważniejsze- oferuje wciąż najbardziej spójne doznanie ze wszystkich gier serii. Stało się to możliwe dzięki m.in. przeniesieniu akcji gry w kiczowate, ale wyraziste lata 80., kreacji prawdziwego miasta-tygla kulturowego- Miami (tu Vice City) i … postaci najsympatyczniejszego mafioso, z jakim mieliśmy dotąd do czynienia w grach.Bohaterem GTA:Vice City jest Tony Vercetti – mafioso z Liberty City, który po wieloletniej odsiadce trafia do raju na ziemi – na Florydę. Swój czas zamierza wykorzystać lepiej, niż leżąc na plaży czy jeżdżąc na wrotkach. W rzeczywistości jego celem jest uszczknięcie części kasy generowanej przez potężny, ale niescentralizowany światek przestępczy. Niestety, los mu nie sprzyja – niedługo po przybyciu do Vice City pieniądze powierzone mu przez Rodzinę zostają skradzione, a Tony zostaje sam na obcej ziemi, bez kontaktów i środków… Ale nie możliwości, dzięki czemu pracowity (dowóz pizzy, zarządzanie kolejnymi „biznesami”) Tony szybko zdobędzie nowych, możnych przyjaciół, by następnie z ich pomocą (a czasem po trupach) stworzyć własne imperium.Vice City jest jednak wyjątkowe nie tylko ze względu na fabułę, lecz jej bohaterów. Tylko tu spotyka się takie osobowości jak Candy „Jenna Jameson” Suxxx.Również sam Vercetti – głosu użyczył mu Ray Liotta- to niezapomniana postać. Dodatkowym atutem jest wspomniany już klimat lat 80., wprost zaczerpnięty z seriali pokroju „Miami Vice” i filmów jak „Człowiek z blizną”. bardzo dobra jest także wyrazista i nasycona w porównaniu do GTA III oprawa graficzna.Audio zaś… dość będzie powiedzieć, że to właśnie Vice City zawdzięczamy przypomnienie wielu, wielu hitów sprzed 20 lat. Pojawiły się wreszcie „używalne” motocykle i śmigłowce!Wszystko razem sprawia, że Vice City to wciąż pozycja nie do odrzucenia. A raczej- wciąż do zagrania!

Sukces Far Cry’a można porównać z fenomenem „Zagubionych”. Gra i serial – wbrew pozorom – mają całkiem wiele wspólnego. Far Cry to też tylko gra FPS oparta na sprzecznościach. Rajska wyspa kryje przed bohaterem mroczne tajemnice, a poczynaniami Jacka Carvera kieruje… KTOŚ. Raj na ziemi jest w rzeczywistości piekłem zamieszkanym przez uzbrojonych po zęby strażników, a także potwory –najwyraźniej wytwór eksperymentu, który wymknął się spod kontroli. Far Cry powstał trochę przez przypadek, bardziej miał stanowić pokaz możliwości silnika, a stał się kolejnym kamieniem milowym w dziejach FPS’ów. Graficznie był takim samym skokiem jak chociażby w swoim czasie Unreal, może nawet większym. Tropikalna wyspa została cudownie odwzorowana. Piękne plaże zalewane przez wodę, w której chciałoby się zanurzyć, gęsta dżungla, w której łatwo wejść na przeciwnika, wodospady jak z pocztówki, olbrzymi przepaści itd. Do tej pory nie doczekaliśmy się drugiej gry z tak rozległymi i efektownymi otwartymi przestrzeniami.